Z archwium National Geographic- Podbój przestworzy
Lata trzydzieste to była naprawdę szalona dekada. Wówczas to, po udoskonaleniu dwóch fantastycznych wynalazków – samochodu i samolotu – nastąpiła istna eksplozja naukowo-poznawczych ekspedycji.

Dziś każdy posiadacz biletu lotniczego czy prawa jazdy może bez trudu dokonać podobnych wyczynów, dlatego mało kto już pamięta o tamtych przedsięwzięciach, których przebiegiem ekscytował się niegdyś cały świat.
W jeszcze większe zapomnienie poszły ekspedycje balonowe, choć wtedy to właśnie one pozwoliły człowiekowi po raz pierwszy sięgnąć niemal kosmosu.
Archiwalne numery National Geographic są kopalnią wiedzy o podejmowanych w latach 30. próbach pokonania ostatnich barier dzielących człowieka od poznania naszej planety na wskroś. Towarzystwo National Geographic wiele z tych wypraw sponsorowało, a nawet jeśli nie, to skrupulatnie dbało, by obszerne relacje ich uczestników jak najszybciej trafiały na łamy magazynu. Tak było, na przykład, z głośnymi transkontynentalnymi ekspedycjami organizowanymi przez producenta samochodów André Citroëna. Już w latach 20. bowiem eksperymentalne półciężarówki Citroëna z napędem gąsienicowym najpierw przemierzyły Saharę (1922-23), a potem niemal całą Afrykę wzdłuż – od Algierii do Madagaskaru. Ta niezwykła „Czarna Wyprawa” (1924-25) po raz pierwszy wytyczyła panafrykański szlak drogowy i przysporzyła Citroënowi takiego rozgłosu, że zdecydował się na jeszcze śmielsze przedsięwzięcie – przemierzenie 16 pojazdami całej Azji, od Bejrutu do Pekinu. Wyprawa ta, nazwana tym razem „Ţółtą” (1931-32), pokonała 12 tys. km śladami Marco Polo i legendarnego Jedwabnego Szlaku, doświadczając dramatycznych przygód na oblodzonych górskich przełęczach, rozżarzonych piaskach pustyń lub w bitwach z rabusiami. Dwutonowe pojazdy trzeba było często wyławiać z rwących rzek, bo drewniane mosty nie wytrzymywały ich ciężaru, albo ciągnąć końmi i wielbłądami do oaz, gdy zabrakło paliwa. National Geographic opublikował aż cztery relacje z „Żółtej Wyprawy”, która na długo rozsławiła logo Citroëna, czyli szewron, brany czasem za „choineczkę” albo insygnia starszego sierżanta. Notabene, ten stylizowany rysunek zębów przekładniowego koła daszkowego ma bardzo polskie korzenie, bo nie dość, że André Citroën był pół-Polakiem, to właśnie z Polski przywiózł – podpatrzony ponoć w jakiejś kuźni czy młynie – patent na owe zębatki.
Dzięki relacjom w National Geographic czytelnicy magazynu mogli też śledzić niezwykłe wyczyny lotnicze. W 1933 r., na przykład, był to opis bezprecedensowego przelotu samolotem nad Everestem. Znany jako Ekspedycja „Houston-Mount Everest” wyczyn, którego dokonali brytyjscy piloci 3 kwietnia owego roku, miał mnóstwo sensacyjnych wręcz aspektów, od naukowych i technicznych po polityczne. Jego sponsorka, brytyjska milionerka Lucy Houston, chciała bowiem zaprotestować w ten sposób przeciwko planom zwrócenia niepodległości Indiom i początkowo zakładano, że piloci zdołają zrzucić na wierzchołek góry brytyjską flagę. Oczywiście, okazało się to niemożliwe, bo piloci w dwóch dwupłatowych Westlandach z otwartymi kokpitami ledwie zdołali umknąć z życiem w potężnych powietrznych turbulencjach, które są charakterystyczne dla otoczenia Everestu.
Kolejnych 15 minut to była okrutna walka – wspominał potem jeden z nich, słynny komandor Douglas Douglas-Hamilton. Wysokościomierz wskazywał 34 000 stóp (10 365 m). Złowróżbny szczyt, otoczony pióropuszem wirującym ku południowemu wschodowi z prędkością 120 mil na godzinę (193 km/godz.), wydawał się być niemal pod nami, ale nijak nie chciał się usadowić dokładnie pod nami. Po chwili, która wydawała się nieskończonością, zniknął pod dziobem samolotu. Zdecydowałem się trzymać sztywno kursu na kompas, dopóki nie pokazał, że jesteśmy dokładnie nad górą. Paliwo się kończyło i wiedziałem, że dalej nie ma co lecieć. Rzuciłem jeszcze wzrokiem za siebie i w dół, czy na pewno przelecieliśmy nad szczytem. I nagle poczuliśmy potworny wstrząs – takie uderzenie, jakbyśmy przelatywali nad fabryką amunicji, która właśnie eksplodowała. Doświadczenia z tego dramatycznego przelotu posłużyły później do konstrukcji hermetycznych kokpitów, a zdjęcia do sporządzenia pierwszych dokładnych map Himalajów. Dziś przelot nad najwyższą górą świata może sobie zafundować każdy turysta, ale zawiązało się też grono entuzjastów tamtego wyczynu (www.wingsovereverest.com), które postanowiło specjalnie uczcić przypadającą w przyszłym roku jego 75. rocznicę. Wierna kopia Westlanda, choć oczywiście z nowoczesnym silnikiem, jest już prawie gotowa i jej przelot nad Everestem ma być wielkim wydarzeniem medialnym.
Później Piccard wykorzystał zresztą ów patent do konstrukcji batyskafów i eskapad w zupełnie odwrotnym kierunku – w morskie głębiny. Sam zdołał jeszcze w 1953 r. opuścić się w pobliżu Capri na głębokość ponad 3 tys. m. Zbudowany do tego celu batyskaf Trieste posłużył potem jego synowi, Jacques’owi, do epokowego zanurkowania w najgłębsze miejsce naszej planety – Rów Mariański (10 912 m). Dokonał tego w roku 1960, ale to nie było ostatnie słowo rodziny Piccardów. Bo któż nie słyszał o Bertrandzie Piccardzie, wnuku Augusta, który w 1999 r. jako pierwszy człowiek przeleciał balonem Breitling Orbiter dookoła ziemskiego globu.
Na zakończenie swej relacji z podboju stratosfery Auguste Piccard przedstawił zupełnie futurystyczną, jak na owe czasy, wizję komercyjnych lotów pasażerskich między Europą a Ameryką w „stratoplanie” – słusznie przewidując, że w pozbawionej atmosferycznych turbulencji stratosferze (od 10 do 50 km nad powierzchnią Ziemi) loty będą szybkie i wygodne. Wizja ta spełniła się w stu procentach, ale zanim do tego doszło, balonowa eksploracja stratosfery miała, za sprawą funduszy National Geographic, wznieść się na jeszcze bardziej spektakularne wyżyny. Oto 28 lipca 1934 r. z bazy w Dakocie Południowej wystartował Explorer – wykonana z elektronu (stopu lżejszego od aluminium) kulista gondola, podwieszona do balonu wypełnionego 105 tys. m3 helu. W gondoli zmieściły się przyrządy do mierzenia ciśnienia atmosferycznego, promieniowania kosmicznego i wysokości lotu, aparaty fotograficzne oraz trzech zawodowych pilotów amerykańskiego lotnictwa – Albert W. Stevens, Orvil A. Anderson i William E. Kepner. Lot jednak miał dramatyczny przebieg. Na wysokości ponad 18 tys. m, wspominał później Stevens, jakaś linka spadła z balonu i zaczęła łomotać po szczycie gondoli. Wyjrzałem w górę przez okienko i ku memu przerażeniu zauważyłem długie rozdarcie w dolnej części powłoki. Balon zaczął opadać, a potem dolna cześć jego rozdartej powłoki po prostu odpadła. Na wysokości 2 000 m piloci postanowili ratować się skokiem na spadochronach. Gdy tylko zdołali zeskoczyć ze szczytu gondoli, reszta balonu eksplodowała.
ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER
Pokazywanie elementu 1 z 1
Niezwykła rola dzieci w tworzeniu sztuki naskalnej. Kontaktowały się z duchami
Nawet kilkuletnie dzieci współtworzyły słynne pradziejowe malowidła naskalne. Te przedstawienia powstawały kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Archeolodzy mają odpowiedź, dlaczego uczestniczyły w tym maluchy.
Zobacz także
Polecane
Pokazywanie elementów od 1 do 4 z 20
Madera: raj dla miłośników przyrody i aktywnego wypoczynku
Współpraca reklamowa
Kierunek: Włochy, Południowy Tyrol. Ależ to będzie przygoda!
Współpraca reklamowa
Komfort i styl? Te ubrania to idealny wybór na ferie zimowe
Współpraca reklamowa
Nowoczesna technologia, która pomaga znaleźć czas na to, co ważne
Współpraca reklamowa
Wielorazowa butelka na wodę, jaką najlepiej wybrać?
Współpraca reklamowa
Z dala od rutyny i obowiązków. Niezapomniany zimowy wypoczynek w dolinie Gastein
Współpraca reklamowa
Polacy planują w 2025 roku więcej podróży
Współpraca reklamowa
Podróż w stylu premium – EVA Air zaprasza na pokład Royal Laurel Class
Współpraca reklamowa
Chcesz czerpać więcej z egzotycznej podróży? To łatwiejsze, niż może się wydawać
Współpraca reklamowa
Portrety pełne emocji. Ty też możesz takie mieć!
Współpraca reklamowa