Twardziel z zasadami
W całej literaturze podróżniczej nie padło bardziej idiotyczne pytanie: „Doktor Livingstone, jak mniemam?”. 11 listopada 1871 r. zadał je młody reporter Henry Morton Stanley.
David Livingstone
Urodzony 13 marca 1813 r.
Zmarł 1 maja 1873 r.
Stanley stanął właśnie przed wycieńczonym mężczyzną, którego świat dawno już uznał za zmarłego. Młody reporter doskonale wiedział, że ma przed sobą słynnego misjonarza i badacza Davida Livingstone’a, ale nic lepszego do powiedzenia nie przyszło mu do głowy. Od tamtej pory ukazało się ponad trzysta książek o Livingstonie, a ABBA poświęciła mu jedną ze swoich piosenek. Choć misjonarz pojechał do Afryki, żeby nawracać na wiarę chrześcijańską, udało mu się pozyskać zaled wie jedną duszę. Do historii przeszedł jako „wielki senior afrykańskich podróżników” i symbol człowieka, który potrafi stanąć twarzą w twarz ze wszelkimi przeciwnościami losu.
CHIŃSKIE MARZENIE
Livingstone był zasadniczy, trochę chaotyczny, ale kiedy obrał sobie cel, nic nie mogło zawrócić go z drogi. Tak było od dzieciństwa. Pobożni rodzice dali mu imię biblijnego króla. Jakby na przekór temu imieniu rodzina klepała przeraźliwą biedę. Kiedy David skończył 10 lat, musiał pójść do pracy. Wraz z setkami innych dzieci spędzał dwanaście do piętnastu godzin dziennie w fabryce przędzy. Mimo to każdego wieczora biegł jeszcze do bezpłatnej szkoły, którą zorganizował właściciel przędzalni. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił podręcznik do łaciny. Kosztował trochę mniej niż jego tygodniówka.
Tymczasem ojciec wciskał Davidowi religijne broszurki, czasem nawet spuścił mu lanie, ale chłopiec skupiał się na własnych lekturach. Uczył się oznaczać rośliny, czytał o historii i podróżach, odkładał pieniądze na dalszą naukę. W końcu podjął decyzję: zostanie misjonarzem i pojedzie do Chin. Dzięki niezwykłej pracowitości udało mu się to, co udać się nie powinno. On, chłopak z przędzalni, został studentem Uniwersytetu w Glasgow. Wykłady z teologii i medycyny, seminaria z położnictwa i pierwszej pomocy coraz bardziej zbliżały go do celu. W końcu został przyjęty do Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego. W 1839 r. wybuchła jednak „wojna opiumowa” i Towarzystwo uznało, że nie będzie już posyłać do Chin swoich ludzi. Los miał rzucić Davida gdzie indziej. Gdy poznał Roberta Mo? ata, charyzmatycznego szkockiego misjonarza z Afryki, nie wahał się ani chwili.
SZAMAN I MISJONARZ
Miał 27 lat i z entuzjazmem zamierzał nawracać świat. W 1840 r. wyruszył w długi rejs do Beczuany, dzisiejszej Botswany. Żaglowiec przybił do Kapsztadu, skąd Livingstone jechał trzy miesiące do Kurumanu, stacji misyjnej Moffata. Afrykę kocha się od razu albo nigdy się jej nie akceptuje. Davida uwiodła natychmiast, podróż opisywał jako przedłużony piknik. W Kurumanie jednak mu się nie spodobało. Działało tu wzorcowe gospodarstwo, życie nie nastręczało kłopotów. Jedynie misjonarze kłócili się ze sobą, nie było „między nimi więcej chrześcijańskich uczuć niż pomiędzy mułem a jego babką”. Nie takich pragnął poświęceń. Marzył o „tysiącu wiosek”, o dotarciu ze Słowem Bożym tam, gdzie nikogo jeszcze nie było. Rozczarowanie pogłębiło się, gdy Mo? at wyznał mu, że nawrócił dopiero jedną osobę.
Livingstone postanowił szukać własnej drogi. Codziennie przez niemal 10 godzin przyjmował pacjentów. Uczył się afrykańskich języków. Szanował tubylców i traktował ich jak równych. Helmut Ruppert, autor biogra? i Livingstone’a, opisuje taką oto rozmowę z czarownikiem ze szczepu Bakwenów.
– Czy rzeczywiście jesteś przekonany, że możesz rozkazywać chmurom? – zapytał Livingstone czarownika przyjaźnie i bez żadnej niechęci. – Ja wierzę, że może
to tylko Bóg.
Na to czarownik odpowiedział: – Bóg stworzył najpierw czarnych ludzi. Ale nie kocha nas tak jak białych. Wam dał ubrania, strzelby, proch, konie, wozy i wiele innych rzeczy, których my nie znamy. Nam dał tylko dzidy, bydło i władzę nad deszczem. Nie gardzimy rzeczami, które wy macie. I wy też nie powinniście pogardzać naszą skromną wiedzą, nawet jeśli jej nie rozumiecie. Ty używasz swoich leków, a ja swoich. Czasem Bóg jest tak dobry, że przez twój lek pomaga choremu. Czasem jednak nie. Wtedy chory umiera. Kiedy go wyleczyłeś, uważasz to za swoją zasługę. Ze mną jest tak samo. Czasem deszcz przychodzi, a czasem nie. Kiedy pacjent umiera, ty nie tracisz swego całego zaufania do swoich leków. Ja też nie, nawet jeśli mój lek nie sprowadzi deszczu.
Livingstone, zaskoczony tą argumentacją, próbował jeszcze odpowiedzieć: – Myślę, że oszukujesz samego siebie.
Na co czarownik skontrował przytomnie: – A ja myślę, że obaj jesteśmy do siebie podobni.
Z czasem i Livingstone’a zaczęła otaczać sława „wielkiego lekarza-czarownika”. W Kumuranie spędził dwa lata, choć słowo „spędził” nie jest zbyt odpowiednie. Niemal połowę tego czasu zajęły mu wyprawy daleko na północ, gdzie szukał nowych miejsc na założenie misji. Zaprzyjaźnił się wtedy z Seczele, wodzem plemienia Tswanów, który miał się okazać jedynym nawróconym przez szkockiego misjonarza.
STĄD DO MAŁŻEŃSTWA
Poszukiwanie miejsc na nowe misje wiązało się z ryzykiem. W Mabotsa Livingstone’a zaatakował lew. Mężczyzna przez trzy miesiące leczył rany i potrzaskane kości, nigdy do końca nie odzyskał sprawności w lewej ręce. W Kurumanie troskliwie zajęła się nim 23-letnia córka Mo ata, Mary. Okres rekonwalescencji był czasem przemyśleń, nie tylko religijnych. David zebrał się w końcu na odwagę i „wyłuszczył sprawę pod jednym z drzew owocowych”. Ciemnowłosa Mary została panią Livingstone i wraz z mężem zamieszkała koło plemienia Seczelego. Wkrótce urodził im się syn. Ale mimo że Livingstone został ojcem, nie mógł usiedzieć w miejscu. Zapakował rodzinę na wóz i ruszył na wschód. Ten rejon Afryki nie był jednak bezpiecznym miejscem dla kobiety z dzieckiem. Burowie uciskali tubylców, którzy buntowali się przeciwko zwierzchnictwu białych przybyszów, Arabowie handlowali niewolnikami, niektóre plemiona łapały jeńców na sprzedaż. Livingstone’owie zawrócili. Zatrzymali się w Kurumanie (tam urodziła im się córka) i za chwilę znów byli w drodze. Tym razem osiedli nad rzeką Kolobeng, gdzie w czwartym roku małżeństwa przyszedł na świat kolejny syn. Do „białej” rodziny dołączył też wódz Seczele z całą wsią. To właśnie on rozbudził wielkie marzenia misjonarza. Opowiedział mu o pustyni Kalahari, której nie przebył jeszcze żaden Europejczyk. Za pustynią miało się znajdować wielkie jezioro Ngami.
Żyje nad nim plemię Makololów, którym David powinien zwiastować Ewangelię – przekonywał wódz. – Zostanie tam przyjęty z otwartymi rękami.
Misjonarz nie zastanawiał się długo. W 1849 r. z rodziną ruszył na północ głosić Słowo Boże. Ta wyprawa miała być przełomem w całym jego życiu. Z misjonarza zrobiła podróżnika i odkrywcę.
LUD NA KRAŃCU JEZIORA
Oprócz służących w karawanie Livingstone’ów jechało dwóch Europejczyków: William Oswell – brytyjski myśliwy polujący w Afryce i sponsor całego przedsięwzięcia – i jego przyjaciel Murray. To oni dostarczali wyprawie mięsa; żywym zapasem na czas przejścia pustyni było 80 wołów. Ale podróż szybko zmieniła się w koszmar. Upały, trudny do pokonania gąszcz, a potem brak wody o mało nie doprowadziły do tragicznego ? nału. Wędrowcy umierali z pragnienia. Gdyby nie Buszmenka, która wskazała im zagłębienie z wodą, mogli nigdy nie wrócić do domu. Ale Livingstone tylko upewnił się w przekonaniu, że Bóg nad nimi czuwa. Choć podróżowanie z dziećmi w takich warunkach musiało być męką, również Mary głęboko wierzyła w ewangelizacyjną misję męża. Dotarli do szerokiej rzeki, przez miejscowe plemię zwanej Zouga, ale nie udało im się pokonać rozległego, płytkiego jeziora, które znaleźli na północnym wschodzie. To za nim – według Seczelego – miał mieszkać wielki lud Makololów pod wodzą potężnego Sebituane. Chociaż wyprawa zawróciła, Livingstone i tak odniósł sukces. Gdy wysłał relacje z tej podróży do Królewskiego Towarzystwa Geogra? cznego w Londynie, niemal natychmiast stał się popularny. Otrzymał nagrodę „za odkrycie interesującego kraju, pokaźnej rzeki i rozległego śródlądowego jeziora”. Ale nasz bohater nie byłby sobą, gdyby mu to wystarczyło. Ponownie próbował dotrzeć do Makololów, ale... Mary znowu była w ciąży, a trójka ich dzieci zachorowała na malarię. Czwarte dziecko, które pani Livingstone wydała wkrótce na świat, zmarło po kilku tygodniach. Osiem miesięcy później ponownie była brzemienna. I znowu cała historia się powtórzyła. Misjonarz zapakował rodzinę na wóz zaprzężony w woły i zostawił Kolbengę za sobą. Wiedział, że dużo ryzykuje. Czy ten, kto wierzy w Jezusa, może dla takiego wodza nie podjąć ryzyka? – pytał jednak. Jego przecież jesteśmy i nie powinno nas obchodzić nic poza Jego królestwem i chwałą. Livingstone pragnął nawracać Makololów.
Tak naprawdę nie miał innego wyjścia, niż opuścić Kolbengę. Burowie uważali, że Livingstone podburza Afrykanów do buntu, misjonarz ostro bowiem sprzeciwiał się niewolnictwu. Zagrozili, że zniszczą wieś, w której mieszkała rodzina misjonarza. W drodze, nad rzeką Zouga, Mary urodziła piąte dziecko. Choć Livingstone szczerze kochał swoje dzieci, temu wydarzeniu poświęcił tylko jedną linijkę w swoim pamiętniku. Więcej miejsca zajął opis fascynującego odkrycia krokodylich jaj.
GRZMOT I DYM
W POPRZEK AFRYKI
Zambezi, wbrew marzeniom Livingstone’a, nie stała się drogą dla udostępnienia i chrystianizacji Afryki. Śpiesząc się ku wybrzeżom Oceanu Indyjskiego, misjonarz ominął najtrudniejsze odcinki rzeki. Równocześnie dokonał tego, czego nikomu wcześniej się nie udało. Przemierzył Czarny Ląd od krańca zachodniego do wschodniego. Swoje przygody opisał w książce Podróże misyjne i badawcze w Afryce Południowej. Została ona wydana podczas „przerwy”, jaką Livingstone zrobił sobie w egzotycznych podróżach. Przyjechał wówczas do Anglii, z rodziną spędził jednak zaledwie trzy dni. Poza tym odbierał medale i spotykał się z rozentuzjazmowanym tłumem. Myślami był jednak nad brzegiem Zambezi. Nad rzekę wrócił w wieku 45 lat. Tym razem otrzymał spore środki na zbadanie nurtu, dysponował dwoma parowcami: „Pearl” i małym „Mia Robert”, co było afrykańskim imieniem jego żony. Ale żaden z nich nie był w stanie sforsować Zambezi. Wśród członków wyprawy narastała irytacja, odszedł kapitan. Wszystko było teraz na głowie misjonarza. Co prawda otrzymał z Anglii kolejny parowiec „Lady Nyasa” (nazwany tak od jeziora, które odkrył), ale rzeka się broniła. I choć Livingstone zbadał wodospady Cabora Bassa i odkrył dla świata kolejne, które na cześć prezydenta Królewskiego Towarzystwa Geogra? cznego ochrzcił Wodospadami Murchinsona, wyprawa przypominała koszmar. Ludzie uciekali, chorowali, umierali. Również Mary, która czekała na męża w dolnym biegu Zambezi, zaczęła gorączkować. I ona wkrótce zostawiła Livingstone’a samego na zawsze.
PAROWCEM PRZEZ OCEAN
Wydawać by się mogło, że tyle tragicznym wydarzeń złamie odkrywcę. Ale nie. Uważał się za posłańca, drugiego Mojżesza, który wyrwie Afrykę ze szponów niewolnictwa. Skupił się na szukaniu funduszy. I zrobił coś, co bije na głowę wszelkie dzisiejsze wyczyny podróżnicze. Wsiadł na pokład rzecznego parowca „Lady Nyasa” i przez Ocean Indyjski popłynął do Bombaju. Tam zamierzał sprzedać łupinkę, która cudem przetrwała morski rejs. Kupców jednak nie było. Załamany Livingstone pożyczył pieniądze na bilet i wrócił do Anglii. Jak zwykle został na krótko. Prezydent Królewskiego Towarzystwa Geograficznego namówił go, żeby poszukał źródeł Nilu. I tak misjonarz przybył do Afryki po raz trzeci. Siedem lat później zaginął o nim słuch. Z czasem pojawiły się plotki, że zmarł.
Już w tamtych czasach dobrze się miało „żarłoczne dziennikarstwo”. Wydawca New York Herald postanowił wysłać do Afryki młodego reportera Henry’go Mortona Stanleya z przykazaniem, aby nie tylko odszukał misjonarza, ale też przywiózł go do domu. Na dowód, że żyje. Stanley „przy okazji” miał opisać otwarcie Kanału Sueskiego, potem przysłać korespondencję z Dolnego Egiptu, następnie odwiedzić Jerozolimę i Konstantynopol, przez Kaukaz dotrzeć do Indii i dopiero drogą morską przeprawić się do Afryki Wschodniej. Stanley pokonał tę trasę, spełniając zachcianki wydawcy, i po 18 miesiącach dotarł do Zanzibaru. W lutym 1871 r. ruszył w podróż przez Afrykę. W listopadzie, wraz z karawaną liczącą prawie dwieście osób, dotarł do Kigoma-Ujiji nad jeziorem Tanganika. Tam widziano ostatnio słynnego misjonarza. Odkrywca wyszedł naprzeciw, zaś Stanley wypowiedział swoją idiotyczną kwestię: – Doktor Livingstone, jak mniemam?
Wielki badacz i podróżnik był już bezzębnym, siwym staruszkiem. Osłabiły go niedożywienie, gorączka i krwawienia z jelit. Jedzenie i lekarstwa, które przywiózł Stanley, były zbawieniem. Wkrótce mistrz i o 27 lat młodszy uczeń wspólnie ruszyli na poszukiwanie źródeł Nilu. Ale mimo starań kores pondenta Livingstone nie chciał wracać do Europy. Przeżył jeszcze rok. 1 maja 1873 r. jego afrykańscy służący znaleźli go klęczącego na ziemi obok posłania. Miał 60 lat. Służący pochowali jego serce pod drzewem, zaś ciało wysuszyli na słońcu i 1,5 tys. mil nieśli do wybrzeża, aby oddać je jego dawnym współpracownikom. David Livingstone został pochowany z wszelkimi honorami w Opactwie Westminsterskim.
Rok później Henry Morton Stanley wrócił do Afryki, żeby dalej szukać źródeł Nilu.
ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER
Pokazywanie elementu 1 z 1
Niezwykła rola dzieci w tworzeniu sztuki naskalnej. Kontaktowały się z duchami
Nawet kilkuletnie dzieci współtworzyły słynne pradziejowe malowidła naskalne. Te przedstawienia powstawały kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Archeolodzy mają odpowiedź, dlaczego uczestniczyły w tym maluchy.
Zobacz także
Wolniej i uważniej. To główne zasady zrównoważonego podróżowania
Współpraca reklamowa
Polecane
Pokazywanie elementów od 1 do 4 z 20
Madera: raj dla miłośników przyrody i aktywnego wypoczynku
Współpraca reklamowa
Kierunek: Włochy, Południowy Tyrol. Ależ to będzie przygoda!
Współpraca reklamowa
Komfort i styl? Te ubrania to idealny wybór na ferie zimowe
Współpraca reklamowa
Nowoczesna technologia, która pomaga znaleźć czas na to, co ważne
Współpraca reklamowa
Wielorazowa butelka na wodę, jaką najlepiej wybrać?
Współpraca reklamowa
Z dala od rutyny i obowiązków. Niezapomniany zimowy wypoczynek w dolinie Gastein
Współpraca reklamowa
Polacy planują w 2025 roku więcej podróży
Współpraca reklamowa
Podróż w stylu premium – EVA Air zaprasza na pokład Royal Laurel Class
Współpraca reklamowa
Chcesz czerpać więcej z egzotycznej podróży? To łatwiejsze, niż może się wydawać
Współpraca reklamowa
Portrety pełne emocji. Ty też możesz takie mieć!
Współpraca reklamowa